Próby generalne organizowane przed wystąpieniem mają kluczowy wpływ na końcowy efekt prezentacji. Niestety jest to jedna z najbardziej zaniedbywanych części przygotowań  prezentacji.  Dzisiejszy przykład z CES pokazuje co może się przydarzyć w skrajnych przypadkach.

Nikt nie wróżył rewolucji podczas targów elektroniki użytkowe CES 2014 w LA.  A jednak, hitem targów oraz internetu było wystąpienie znanego reżysera i producenta Michael’a Bay. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie problemy techniczne z prompterem, z którego miał czytać treść swojego wystąpienia. Po mino prób ratowania go przez prowadzącego, po kilkunastu sekundach  Micheal ucieka ze sceny.

Podejrzewam, że Micheal był bardzo dobrze przygotowany do swojego wystąpienia – z jednym warunkiem – że będzie działał prompter.  Zdał się na łaskę urządzenia, które zamiast pomóc, pogrążyło go.

Myślę, ze większość z nas robi to samo. Bezgranicznie wierzymy urządzeniom. Robiąc próby generalne przez prezentacją ćwiczymy tylko sytuacje optymistyczne. W przypadku problemów – porażka potrafi być druzgocząca. Dlatego zawsze warto mieć swój „Plan B”.

Nie jestem zwolennikiem prompterów. Wiem, że wszyscy cierpimy na chroniczny syndrom braku czasu ale przy kluczowych dla nas prezentacjach warto poświęcić kilka godzin więcej na przećwiczenie swojego wystąpienia. Mówię tutaj o próbie w „analogu” – bez komputera, bez promptera bez pomocy wizualnych. Tylko TY i …. widownia.

Jeden z moich ulubionych speców od prezentacji jest Garr Reynolds, autor  „The naked presenter” , w której zachęca do przygotowywania swoich prezentacji „nago” – czyli m.in. bez zaawansowanych urządzeń i elektronicznych dobrodziejstw tej epoki. Przy pierwszej próbie możesz poczuć się nieswojo – trochę „goło” – ale to działa.